Rower zamiast auta na krótkich trasach z dzieckiem - ile realnie zostaje w portfelu przez rok
65% wszystkich przejazdów silnikowych jest krótszych niż 3 mile [2]. Siedziałam kiedyś dwieście metrów od przedszkola, silnik na luzie, i dokładnie o tym myślałam.
Bo to nie był żaden wyjątkowy dzień. Stałam w korku jakieś 200 metrów od bramy przedszkola, dziecko z tyłu pytało czemu jeszcze nie wysiadamy, a ja patrzyłam na zegarek i liczyłam w głowie, ile jeszcze będziemy tak stać. Wieczorem usiadłam z kartką i policzyłam, tyle że nie kilometry, bo wiedziałam że będą śmieszne, tylko pieniądze. Wypisałam wszystkie trasy, które robiłam z dzieckiem w ciągu tygodnia: przedszkole, sklep, plac zabaw, czasem apteka. Większość z nich to 2, może 3 kilometry w jedną stronę. I co ciekawe, najkrótsze przejazdy odpalałam autem najczęściej, bez zastanowienia, jakby to był odruch a nie decyzja. Okazuje się, że to wcale nie mój prywatny wybryk, tylko dokładnie ten sam wzorzec, który widać w badaniach: 3 mile to dystans, na którym rower albo spacer realnie zastępują silnik [2], a mimo to auta wybieramy właśnie do krótkich podróży [5], czyli do tego, do czego najmniej się opłacają [5].
U mnie było identycznie. Nie jeździłam autem bo tak trzeba, tylko z przyzwyczajenia, i zawsze wracało jedno pytanie: a jak przywiozę te zakupy? Bo fizyczna bariera, która trzyma przy aucie, to nie odległość, tylko ciężar siatek [3]. W końcu odłożyłam ideologię na bok i zrobiłam zwykłą tabelkę: rok jazdy autem na krótkich trasach kontra rok tego samego, tylko z fotelikiem i przyczepką. Paliwo, zużycie, parkowanie, drobne serwisy, wszystko poszło do arkusza.
Pokażę ci moje liczby, trasy które faktycznie podmieniłam, i te, których nie tknęłam, bo nie każda się do tego nadaje. Pokażę też 3 konkretne bariery, które długo mnie trzymały, i to, jak w końcu je rozbroiłam. Bez rewolucji. Krok po kroku.
Powiązane produkty
Rower elektryczny R-RAYMON TourRay E 5.0 9S M350
Ile z naszych tras to naprawdę „skok po bułki”
Zastanawiałaś się kiedyś, ile z Twoich codziennych przejazdów autem to naprawdę „skok po bułki”, a nie żadna poważna podróż?
Ja policzyłam najpierw kilometry, dopiero potem złotówki. I szczerze mówiąc, zaskoczyło mnie, jak krótkie są nasze codzienne trasy autem: 2-3 km, żeby kupić bułki, odwieźć dziecko do przedszkola, wrócić do domu. Silnik ledwo zdążył się rozgrzać, a już byliśmy na miejscu.
Długo tego nie widziałam. Auto stało pod domem, było wygodne, koniec dyskusji.
Dopiero rozpiska na kartce pokazała mi skalę tych krótkich przejazdów.
Rozpisałam sobie jeden zwykły tydzień, bez wyjazdów za miasto, bez świąt, sama rutyna. Wyszło tak: przedszkole, 1,8 km w jedną stronę, dwa razy dziennie. Sklep po bułki i drobiazgi, niecały kilometr, prawie codziennie. Babcia, 2,5 km, dwa-trzy razy w tygodniu. Basen z dzieciakami, 3 km, raz w tygodniu.
Dane źródłowe
| Pozycja | Wartość |
|---|---|
| Przejazdów zmotoryzowanych krótszych niż ~3 mile | 65% |
Po zsumowaniu gros tych przejazdów mieściło się poniżej 3 kilometrów. I to dokładnie ten przedział, w którym rower z fotelikiem albo przyczepką przestaje być fanaberią, a staje się realną alternatywą.
To nie tylko mój prywatny nawyk, potwierdzają to badania. W analizie ruchu miejskiego z Wietnamu 65% wszystkich zmotoryzowanych przejazdów miało dystans krótszy niż około 3 mile (mniej więcej 5 km). [2] Badania nad wyborem środka transportu pokazują też, że auto wygrywa właśnie na krótkich trasach, a na dłuższych ludzie chętniej wybierają inne opcje. [5]
I w tym jest cały ten paradoks: samochód daje najmniej korzyści na krótkim dystansie, bo to najgorsza ekonomia dla silnika, a mimo to sięgamy po niego najczęściej właśnie na krótkich trasach.
Ukryty rachunek za te dwa kilometry
Rachunek za te dwa kilometry nie zamyka się w cenie paliwa z licznika. Silnik zapalony na zimno pracuje najłakomiej i najmniej wydajnie, zanim się rozgrzeje spala nieproporcjonalnie dużo i mocniej się zużywa. A dwa kilometry to zwykle cała trasa, silnik nigdy nie zdąży się rozgrzać, więc jedziesz na najgorszym etapie jego pracy.
Do tego dochodzi reszta, której nie widać na liczniku, znam ją z podjazdu pod szkołę w godzinach szczytu: krążenie za miejscem, kilka minut na zaparkowanie i wyjęcie fotelika. Krótka trasa okazuje się gęsta od strat.
To samo widać w emisjach, badania nad transportem aktywnym liczą je na najkrótszych, codziennych przejazdach, bo dominują w rytmie dnia i tu odzyskuje się najwięcej [1]. W jednej analizie 65% krótkich przejazdów zmotoryzowanych mieściło się poniżej ok. 3 mil, 65% w zasięgu roweru [2].
Paradoks, ale tak to działa: najkrótszy przejazd jest najdroższy na kilometr.
Auto vs rower - moja kalkulacja na rok
Nienawidzę liczenia kosztów auta. Serio. Człowiek jeździe i jeździ, płaci za paliwo, od czasu do czasu przegląd, ubezpieczenie raz w roku i jakoś nie kojarzy tego wszystkiego z konkretną trasą do przedszkola. A ja akurat usiadłam i policzyłam, bo mnie wkurzało, że nie wiem.
Wzięłam swój realny dystans, bo tylko taki ma sens. 2 km w jedną stronę, 2 razy dziennie, prawie codziennie przez cały rok. Wyszło mi z tego 1800 km rocznie tylko na tych krótkich, codziennych skokach, nie licząc żadnych wyjazdów za miasto czy wakacji.
| Pozycja | Auto (rocznie) | Rower + przyczepka (rocznie) |
|---|---|---|
| Paliwo / energia | ok. 900 zł | - |
| Amortyzacja / zakup rozłożony | ok. 1200 zł | ok. 500 zł |
| Ubezpieczenie (udział krótkich tras) | ok. 250 zł | - |
| Serwis, ogumienie, przeglądy | ok. 350 zł | ok. 200 zł |
| Razem | ok. 2700 zł | ok. 700 zł |
Do tych przejazdów przypisałam tylko tę część kosztów auta, która realnie z nich wynika, czyli paliwo, zużycie, kawałek ubezpieczenia i przeglądów. Amortyzację i OC rozbiłam proporcjonalnie do przebiegu, bo te opłaty i tak trzeba ponieść niezależnie od tego, czy jeździsz, czy auto stoi w garażu, ale krótkie trasy też mają w tym swój udział, chociaż niewielki.
Dane źródłowe
Pozycja Wartość Auto 2 700 zł Rower + przyczepka 700 zł
Różnica wyszła mi na poziomie 2000 zł rocznie. I zaznaczam od razu: to moje liczby, z mojego rachunku, nie żadna tabela z laboratorium. U ciebie spalanie będzie inne, rower kosztował inaczej, przebieg wyjdzie inny. Ale rząd wielkości pewnie będzie podobny.
Dane źródłowe
Pozycja Wartość Amortyzacja / zakup rozłożony 1 200 zł Paliwo / energia 900 zł Serwis, ogumienie, przeglądy 350 zł Ubezpieczenie (udział krótkich tras) 250 zł
Potencjał jest naprawdę spory, bo krótkie trasy to lwia część tego, co w ogóle jeździmy na co dzień. W badaniu z Wietnamu aż 65% wszystkich przejazdów było krótszych niż 3 mile [2]. I to właśnie te dystanse najłatwiej podmienić, na nich rower odzyskuje pieniądze, które auto po cichu wypompowuje z portfela.
A jeśli myślisz, że u ciebie te proporcje wyglądają inaczej, bo mieszkasz gdzie indziej i jeździsz inaczej.
Które trasy podmieniłem, a których nie tknąłem
Nie każdy przejazd nadaje się pod rower. Szybko przestałam udawać, że jest inaczej.
Odpuściłam sobie tę ambicję "od jutra zero auta", bo to się po prostu nie sprawdza, wiem to z własnej głupoty. Rozłożyłam swoje trasy na dwa koszyki: jeden, gdzie fotelik albo przyczepka wygrywają bez dyskusji, i drugi, gdzie auto ma sens i nie ma co z tym walczyć.
Pierwszy koszyk to codzienna drobnica. Odwiezienie młodszego do przedszkola, niecałe 2 kilometry. Skok do osiedlowego sklepu. Dojazd na plac zabaw po drugiej stronie parku. Trasy krótkie, powtarzalne, w promieniu, w którym rower bywa szybszy od szukania miejsca parkingowego pod blokiem (a to się zdarza częściej, niż bym chciała przyznać).
Dane źródłowe
| Pozycja | Wartość |
|---|---|
| Podmienione na rower | 33% |
| Zostawione autu | 67% |
To właśnie ta pula, w której substytucja działa naprawdę.
Badania nad przesiadką z auta na lekkie pojazdy elektryczne i rowery pokazują stabilny poziom podmiany rzędu 30-35% przejazdów [6]. Podmiana nie sięga 100% przejazdów i pewnie nigdy nie sięgnie, ale to i tak konkretny kawałek.
Drugi koszyk zostawiłam autu i nie mam z tym żadnego problemu. Wyjazdy powyżej mniej więcej 5 kilometrów, ta sama analiza lokuje tam realny sens samochodu [6]. Do tego duże zakupy. Długo kombinowałam, czy da się ogarnąć zakupy cargo, próbowałam różnych układanek, ale zwykły tygodniowy wsad zakupowy to dla mnie wciąż bagażnik, koniec dyskusji. Główną barierą jest tu fizyczny ciężar i gabaryt towaru, potwierdzają to badania nad przenoszeniem zakupów spożywczych na transport aktywny [3].
Podmieniłam może 1/3 przejazdów.
Brzmi skromnie.
Ale w skali roku to i tak spora część rachunku, o czym więcej w kolejnych sekcjach.
Trzy bariery, które mnie zatrzymywały - i jak je rozbroiłem
Najdłużej najdłużej trzymały mnie przy aucie zakupy. Głupio przyznać, ale to prawda: stałam z wózkiem pełnym wody, kartonów mleka i worka żwirku dla kota i myślałam, jak to wszystko wpakować na rower, skoro z tyłu siedzi jeszcze dziecko. I to nie jest wymysł jednej zabieganej matki. Fizyczny ciężar dużych zakupów to główna bariera, która trzyma ludzi przy aucie zamiast roweru czy spaceru [3].
Rozbroiłam to na trzy sposoby. Sakwy na tygodniowe drobiazgi (mieści się w nich więcej, niż myślisz). Przyczepka towarowa, ta sama co do dziecka, tylko bez fotelika, na cięższe wypady. A przy naprawdę dużych zakupach po prostu dostawa do domu. To ostatnie zaskoczyło mnie najbardziej.
Bo okazuje się, że badanie z włoskich miast pokazało, że dowóz zakupów organizowany przez sklep potrafi przekonać kierowców do przesiadki na rower czy pieszo, bo znika argument dźwigania [3]. Ja duże zakupy robię tak raz na jakiś czas z dostawą, resztę "doganiam" rowerem.
Druga bariera to bezpieczeństwo. Nie chodzi o hasła z plakatów, tylko o konkretną trasę. Eksperci od transportu mówią wprost: to, jak bezpiecznie się czujemy, realnie wpływa na wybór środka transportu [4]. U mnie znaczyło to tyle, że nie jadę główną, gdzie ciężarówki, tylko nadkładam 300 metrów bocznymi uliczkami. Z dzieckiem z tyłu inaczej się na to patrzy, prawda?
Trzecia bariera, pogoda. Tu bez cudów. Zimą i w ulewy zostaje auto albo komunikacja, rower wraca wiosną. Nie traktuję tego jak porażki. 8 miesięcy w roku to i tak sporo tras mniej na liczniku.
Jak zacząć bez rewolucji - krok po kroku
Pamiętam pierwszy dzień, kiedy zamiast wsiąść do auta, wypchnęłam rower z garażu. Serce trochę szybciej biło, mimo że jechałam dosłownie do przedszkola.
I właśnie ta trasa, 2 kilometry, 1 większy skręt, a resztę osiedlowymi uliczkami, była moim punktem startowym, bo tak jak w badaniach nad krótkimi przejazdami wychodzi, to właśnie te poniżej trzech mil (ok. 5 km) najłatwiej przenieść na rower [2], więc nie próbowałam od razu podmieniać wszystkiego naraz, tylko wybrałam tę jedną, którą i tak pokonywałam codziennie o tej samej porze, i przez pierwszy tydzień nie kombinowałam z resztą, bo skok na głęboką wodę zwykle kończy się powrotem do auta, a mnie zależało, żeby ten rower został ze mną na dłużej, nie tylko na chwilę entuzjazmu.
Dobór sprzętu do wieku dziecka to kolejny krok, i tu naprawdę nie ma co improwizować.
Jeśli masz malucha, który dopiero uczy się siedzieć stabilnie, postaw na fotelik z dobrym podparciem głowy albo na przyczepkę z odpowiednim zabezpieczeniem. Starszak, który już marudzi w foteliku i chce przestrzeni, zwykle prosi się o przyczepkę, i tu przyczepka po prostu wygrywa. Przymierzaj się realnie do tego, jak dziecko znosi jazdę, a nie do tego, co wygląda lepiej na zdjęciu, bo estetyka nie pomoże, kiedy dziecko będzie płakać po trzech minutach.
Trasę planuj pod bezpieczeństwo, nie pod czas. Eksperci od transportu wskazują, że postrzegane ryzyko realnie hamuje przesiadkę na rower [4], i ja to potwierdzam, bo objazd bocznymi ulicami, który dokłada 2 minuty, zwykle jest wart tego spokoju.
Osprzęt na chłód i deszcz skompletuj zawczasu, żeby pierwsza mżawka cię nie wysadziła z siodełka:
- pokrowiec przeciwdeszczowy na fotelik lub przyczepkę,
- ciepły śpiworek albo kocyk dla dziecka (ono nie pedałuje, marznie szybciej),
- błotniki i porządne oświetlenie.
Potem dokładaj kolejne trasy stopniowo. Bez rewolucji.
Co realnie zostało po roku - nie tylko w portfelu
Wiesz co, jak po roku usiadłam i policzyłam to na chłodno, samo się wyszło, że to nie jest jakaś magia, tylko suma drobnych rzeczy. Paliwo, które nie spaliło się na tych najkrótszych podjazdach pod górkę. Parkowanie w centrum, które przestałam płacić. Auto, które zużywa się wolniej, bo po prostu mniej jeździ.
Złożyło się z tego kilkaset złotych, które po prostu zostały w kieszeni.
To nie jest kwota, która zmienia życie. Ale realna.
I jest jeszcze druga strona tego rachunku, emisje. Krótkie trasy w mieście to ogromna część wszystkich przejazdów, jakie w ogóle robimy. W jednym z badań aż 65% przejazdów zmotoryzowanych mieściło się poniżej 3 mil [2]. Przesiadka na rower albo na własne nogi na takich odcinkach daje efekt, który naprawdę widać. Analizy oparte na ocenie cyklu życia pokazują, że to właśnie samochód na krótkich dystansach ciągnie za sobą największy ślad węglowy do zbicia [1]. Mój udział w tym jest maleńki, wiem. Ale te dwa kilometry po bułki przestały go powiększać, i to też coś znaczy.
A do tego rozmowy z dzieckiem w przyczepce, których w aucie nigdy nie było, bo tam patrzyłam tylko w lusterka. Lepsza kondycja, którą zauważyłam dopiero zimą, na schodach. Brak nerwów z szukaniem miejsca pod przedszkolem.
Jeśli mieszkasz blisko codziennych celów, masz gdzie trzymać sprzęt i trasy są w miarę bezpieczne, bilans wyjdzie na plus szybciej, niż myślisz. Jeśli mieszkasz pod lasem, dojeżdżasz 20 km, a droga to ruchliwa krajówka, auto zostanie i tak powinno być. Chodzi o podmianę tego, co da się podmienić, nie o rezygnację z samochodu na siłę.