Dziecko w przyczepce a spaliny: 6 rzeczy, które zmieniłam po przeczytaniu badań
Wiesz co, kiedyś stałam z przyczepką na czerwonym świetle przy dużym skrzyżowaniu, obok długi sznur aut na jałowym biegu, silniki mruczą, a ja spojrzałam w dół na główkę dziecka, mniej więcej na wysokości rur wydechowych. I pomyślałam sobie: ja oddycham metr wyżej, a ono siedzi dokładnie tam, gdzie ta cała chmura spalin się unosi.
Długo machałam ręką na ten obraz. No bo przecież rower to zdrowie, świeże powietrze, ruch, w ogóle same plusy, prawda? (Czy naprawdę same plusy? No właśnie nie do końca.) W końcu jednak usiadłam i poszperałam w badaniach. I to, co znalazłam, nie dawało mi spokoju na tyle, że zmieniłam kilka swoich nawyków. Nie ze strachu, tylko dlatego, że liczby mówiły same za siebie.
Bo okazuje się, że dzieci przebywające na zewnątrz przy jezdni dostają wyższą dawkę pyłu niż my, dorośli. Przyczepka rowerowa to zresztą osobny, słabo jeszcze przebadany temat ekspozycji [4]. I najgorzej robi się wcale nie na jakiejś otwartej, spokojnej trasie, tylko przy dużych skrzyżowaniach, przy sygnalizacji, przy przejściach dla pieszych, bo tam stężenia pyłów są po prostu najwyższe [1]. A jadąc na rowerze oddycha się intensywniej niż idąc czy siedząc w aucie, więc ta wyższa ekspozycja realnie przekłada się na dawkę, która osiada w drogach oddechowych [5]. Dla małych płuc to nie jest obojętne.
Nie sprzedaję tu paniki. Nadal wożę swoje dzieci rowerem i uważam, że to jedna z lepszych decyzji, jaką podjęłam jako mama. Zmieniłam jednak sześć rzeczy: sposób, w jaki dobieram trasę; porę, o której wyjeżdżam; to, jak traktuję światła; to, co myślę o osłonie przyczepki; moment, w którym uczciwie przyznaję, że tego dnia lepszy byłby samochód; i ten drugi moment, kiedy jest dokładnie odwrotnie. Wszystko oparłam na danych z badań nad ekspozycją na pyły w ruchu, nie na przeczuciu. Poniżej opisuję je po kolei, konkretnie, z liczbami tam, gdzie się pojawiają.
Powiązane produkty
1. Dlaczego dziecko w przyczepce wdycha więcej niż ja na rowerze
Przez lata byłam pewna, że to ja, dysząc na pedałach, wciągam najwięcej spalin. Więcej wysiłku, głębszy oddech, więcej powietrza do płuc, logiczne, prawda? No właśnie nie.
Bo jak zobaczyłam liczby z badań, cała ta moja teoria rozsypała się w try miga. Okazuje się, że dziecko siedzące w przyczepce jest kilkadziesiąt centymetrów nad jezdnią, czyli dokładnie na wysokości rur wydechowych mijających nas aut. Nie metafora, nie przesada, po prostu geometria: głowa malucha ląduje mniej więcej tam, gdzie inne samochody wypuszczają spaliny. Są symulacje ekspozycji dzieci wożonych w przyczepce za rowerem elektrycznym i pokazują one konkretne dawki pyłów, jakie taki maluch dostaje [4]. I nie chodzi o to, że trafił się jeden pechowy samochód akurat obok nas. Młodsze dzieci dostają wyższą dawkę pyłów niż dorosły w tym samym miejscu, przy tej samej jezdni [4]. To się powtarza, bo wynika z pozycji i z tego, jak w ogóle działają dziecięce płuca: węższe drogi oddechowe, szybszy oddech, mniejszy organizm, który przy tym samym stężeniu w powietrzu i tak wciąga proporcjonalnie więcej.
Jest jeszcze jedno badanie, tym razem o dojazdach dzieci do szkoły, gdzie łączono pomiary pyłu i sadzy z modelem depozycji w drogach oddechowych [2]. Policzono w nim wprost, ile z tego zanieczyszczenia osadza się w głowie, oskrzelach i płucach dziecka [2]. Więc nie chodzi tylko o to, czym oddychamy, tylko ile z tego naprawdę zostaje w środku.
Pamiętam moment, kiedy stanęłam z przyczepką na czerwonym świetle przy ruchliwej alei. Spojrzałam w bok i zobaczyłam, że buzia mojej dwuletniej córki jest mniej więcej na wysokości sąsiedniego zderzaka. Wcześniej ta scena kompletnie nic mi nie mówiła. Teraz mówi mi całkiem sporo.
2. Skrzyżowania i światła to prawdziwe pułapki pyłowe
Zła lokalizacja. Długo byłam przekonana, że najgorzej dziecku oddycha się tam, gdzie samochody pędzą najszybciej, na szerokich alejach, gdzie nikt nie zwalnia i ruch płynie równo. Okazało się dokładnie odwrotnie, niż myślałam. Pomiary robione na warszawskich trasach pokazały, że najwyższe stężenia PM2.5 i PM10 nie pojawiają się na odcinkach płynnej jazdy, tylko właśnie przy dużych skrzyżowaniach, przy sygnalizacji świetlnej, przy przejściach dla pieszych [1]. I to jest dokładnie to miejsce, gdzie ja zatrzymuję rower z przyczepką i czekam na zielone. Bo samochód, który rusza spod świateł, przyspiesza pod obciążeniem, a potem znów hamuje, ściera klocki, ściera opony i za każdym razem wyrzuca w powietrze porcję pyłu. Kilkanaście aut stojących w kolejce do zielonego tworzy nisko wiszącą chmurę, mniej więcej na wysokości siedziska w przyczepce. Właśnie tam, gdzie siedzi moje dziecko.
Badanie z Warszawy potwierdziło coś jeszcze: narażenie układu oddechowego zależy od wieku, a najmłodsi wypadają w tym zestawieniu najgorzej [1]. Moje dziecko siedzi kilkadziesiąt centymetrów nad jezdnią, twarzą wprost w rurę wydechową kolejnego stojącego samochodu. Nie w teorii, dosłownie.
Pamiętam skrzyżowanie, które przez lata pokonywałam machinalnie. Podjeżdżałam pod samą krawędź przejścia, żeby ruszyć jak najszybciej po zmianie świateł, i stałam tam po 1-2 minutach, tuż za zderzakami stojących aut. Dopiero po przeczytaniu o miejscach największego stężenia pyłu dotarło do mnie, że wybierałam najgorsze możliwe miejsce postoju.
Więc zmieniłam kilka drobiazgów. Żaden z nich nie kosztuje ani grosza:
- nie dojeżdżam do samej linii skrzyżowania, zatrzymuję się kilka metrów przed nim, z boku, żeby przyczepka nie stała między spalinami stojących aut
- na czerwonym nie ustawiam się w środku kolumny pojazdów, tylko z brzegu, bliżej krawędzi, gdzie powietrze szybciej się wymienia
- jeśli mam wybór między wielkim skrzyżowaniem z sygnalizacją a bocznym objazdem, biorę objazd (więcej o trasach w kolejnej części)
- staram się nie czekać z dzieckiem w tunelu ani pod wiaduktem, gdzie pył nie ma jak uciec
Na początku myślałam, że to przesada. Ale różnica między staniem tuż za rurą wydechową a przesunięciem się o 2-3 metry w bok jest realna, w punktach kumulacji pyłu narażenie skacze najmocniej [1]. Na to, ile aut ruszy przede mną, nie mam wpływu. Na to, gdzie akurat stoi przyczepka, owszem.
Skrzyżowanie to ułamek trasy. Pokonuje się je w kilkanaście sekund. A mimo to waży najwięcej w tym, co dziecko wdycha przez całą drogę. Zmieniłam sposób jazdy właśnie na tych krótkich, gęstych odcinkach, nie na całej reszcie trasy. Bo na reszcie i tak oddycha się znośnie.
3. Dobór trasy: dlaczego objazd bocznymi uliczkami się opłaca
Długo jeździłam najkrótszą trasą, bo tak podpowiadał telefon. Prosto, arterią, 2 pasy w każdą stronę, sznur aut stojących na czerwonym. Wygodnie dla kierowcy. Fatalnie dla dziecka, które siedzi 0,5 metra nad jezdnią i oddycha tym samym powietrzem co rura wydechowa auta obok.
Potem trafiłam na badania i coś mi się w głowie przestawiło.
Najwyższe stężenia pyłów notuje się właśnie przy dużych skrzyżowaniach, przejściach dla pieszych i sygnalizacji [1]. To nie jest jakaś ciekawostka z boku, tylko konkret: tam, gdzie auta ruszają i hamują, spaliny się kumulują. I ja przez lata woziłam dziecko dokładnie w to miejsce, bo mapa uznała, że to najszybsza droga. Odkąd to wiem, przestałam ufać najkrótszej linii na ekranie telefonu.
Różnica między jazdą arterią a spokojną boczną uliczką nie jest kosmetyczna. Rowerzyści i tak należą do grupy o najwyższej ekspozycji na pyły spośród porównywanych sposobów przemieszczania się [5], więc trasa to jedna z niewielu rzeczy, na które w ogóle mam wpływ. Autorzy tego samego badania piszą wprost, że w dniach silnego zanieczyszczenia rozsądniej jest ograniczyć jazdę niż uparcie w nią wsiadać [5]. Ja z roweru na co dzień rezygnować nie chcę, więc zamiast rezygnować, kombinuję z trasą.
Przegląd dotyczący astmy i sportowców kończy się właściwie jednym zdaniem: mniej pojazdów obok, mniejsza dawka wdychanych pyłów [6]. Banalnie proste, ale u mnie to dopiero wtedy zaskoczyło, jak zobaczyłam to czarno na białym. Dla malucha w przyczepce działa dokładnie ta sama zasada, bo dziecko nie ucieknie z tego poziomu przy jezdni, gdzie pył jest po prostu gęstszy niż wyżej.
Więc usiadłam z kartką i mapą i w kwadrans przeplanowałam trasę odwożenia do przedszkola. Zamiast alei z torami tramwajowymi wybrałam pętlę osiedlowymi uliczkami. Nowa trasa wolniejsza o jakieś 3 minuty, za to bez stania w oparach na 3 kolejnych światłach. Dłuższa droga, mniejsza ekspozycja, dla mnie to całkiem uczciwy handel.
Od tamtej pory omijam skrzyżowania z sygnalizacją, bo tam auta ruszają i hamują, a pył kumuluje się najmocniej [1]. Szukam ulic jednokierunkowych i osiedlowych zamiast arterii z kilkoma pasami [6]. Jeśli muszę przeciąć dużą drogę, robię to w jednym miejscu, prostopadle, zamiast jechać wzdłuż niej przez pół dzielnicy.
Nie każdy objazd ma sens. Czasem boczna uliczka i tak wpada w wąskie gardło, gdzie samochody stoją zderzak w zderzak, i wtedy nic nie wygrywam, tylko tracę czas.
Ale w większości przypadków te dodatkowe 2-3 minuty pedałowania po cichej dzielnicy realnie zmniejszają to, co ląduje w płucach mojego dziecka. Mapa w telefonie liczy metry. Ja od jakiegoś czasu wolę liczyć wdechy.
4. Pora dnia i szczyt komunikacyjny - kiedy naprawdę jeździć
Kiedyś po prostu wsiadałam na rower i jechałam. Bez zastanowienia, o dowolnej porze, byle dowieźć dziecko albo załatwić swoje sprawy. Rano mi się nawet podobało, bo świeżo, chłodno, mniej ludzi na chodnikach. Wydawało mi się, że to najlepsza pora na jazdę z przyczepką. No i okazało się, że moje wyczucie się z danymi zupełnie mijało.
Bo dziecko w przyczepce siedzi dosłownie w powietrzu, którym oddycha cały ruch uliczny wokół. Im więcej samochodów, tym więcej spalin tuż przy jezdni, to logiczne. A badacze sprawdzili konkretnie ten sam odcinek, ten sam szkolny dojazd, tylko raz rano, raz po południu, różnice w stężeniach pyłów i sadzy między tymi porami wyszły wyraźne [4]. Czyli nie trasa gra pierwsze skrzypce, tylko godzina wyjazdu.
Czasem wystarczy przesunąć wyjazd o pół godziny, żeby wypaść ze szczytu, porannego korka albo popołudniowego powrotu z pracy. U mnie klasyczny dylemat: 7:45 czy 9:15. Wybieram 9:15, nawet jeśli dziecko spóźni się na plac zabaw o kwadrans. Bez wyrzutów sumienia.
Nie zawsze da się tak pokombinować, wiem. Ale są dni, kiedy naprawdę nie warto wyciągać roweru z przyczepką na ruchliwe trasy. Bo analiza czterech sposobów dojazdu pokazała, że akurat rower daje najwyższą ekspozycję na pyły. I to jest dla mnie ważne rozróżnienie, bo w okresach silnego zanieczyszczenia zamiana roweru na inny środek transportu realnie zmniejszała negatywne skutki zdrowotne [5].
Rower z przyczepką jest świetny przez większość roku, ale przy smogowej inwersji, w bezwietrzny mroźny dzień, udawanie że to normalny poranek nie ma sensu.
Mam teraz nowy odruch: zanim zapnę dziecko w foteliku przyczepki, patrzę w aplikację. Chwila, sprawdzam PM2.5 i PM10 w okolicy, podejmuję decyzję.
Pamiętam poranek, gdy wskaźniki były grubo ponad normą, rower został w piwnicy, pojechałyśmy tramwajem, i przez cały dzień miałam poczucie, że zrobiłam dobrze.
Kiedy powietrze jest przyzwoite i wyjeżdżam poza szczytem, jadę bez wahania, reszta to już kwestia trasy, o której pisałam wcześniej.
5. Osłona przyczepki - pomaga czy tylko uspokaja sumienie
Szczerze? Najbardziej mnie wkurza to, że osłona przyczepki wygląda tak przekonująco. Zapinasz zamek, robi się cicho, sucho, przytulnie, i człowiek od razu myśli: super, teraz jest bezpiecznie. A to akurat złudzenie, w które sama wpadłam na dobre parę lat.
Bo ja długo traktowałam tę zapinaną plandekę jak barierę przeciwko wszystkiemu naraz. Deszcz, wiatr, kurz, spaliny, wrzuć wszystko do jednego worka. Zasuwałam, chowałam dziecko w środku i miałam poczucie, że problem spalin właśnie się skończył. Koniec tematu, jedziemy dalej.
Aż trafiłam na symulację, w której mierzono ekspozycję dzieci siedzących w przyczepce ciągniętej za rowerem elektrycznym, i ten komfort psychiczny trochę mi się posypał [4]. Badanie porównywało jazdę z założoną osłoną i bez niej, mierząc jednocześnie PM10, PM2.5, PM1, black carbon i CO2 [4]. Czyli nie na wyczucie, tylko konkretnie, cząstka po cząstce.
I okazuje się, że osłona faktycznie coś łapie. Grubsze cząstki potrafi odbić, materiał jest dla nich barierą, więc część zostaje na zewnątrz. Problem w tym, że to nie te cząstki są tu najgroźniejsze.
Z drobnymi frakcjami, PM2.5, PM1, a zwłaszcza z black carbon, osłona radzi sobie dużo gorzej. One po prostu wnikają wszędzie tam, gdzie da się przecisnąć powietrze, a plandeka, choć wygląda szczelnie, wcale hermetyczna nie jest. Ma szwy, ma zamki, ma dolne krawędzie, którymi powietrze i tak sobie wędruje.
No i tu dochodzimy do rzeczy, o której w ogóle nie myślałam, dopóki nie zobaczyłam tego pomiaru CO2.
Bo zamknięta przestrzeń z dzieckiem w środku to jednocześnie pułapka na wydychane powietrze. Im mniej wymiany z otoczeniem, tym więcej CO2 zostaje tam, gdzie siedzi dziecko. Redukując jedno ryzyko, czyli pył, można niechcący podkręcić drugie. I właśnie dlatego to badanie w ogóle mierzyło CO2, a nie tylko cząstki [4].
Zrobiłam sobie własną, domowoprzemysłową próbę, bo czujnika PM nie mam i stężeń nie zmierzyłam, to trzeba uczciwie powiedzieć od razu. Ten sam odcinek do przedszkola, dwa poranki pod rząd. Raz osłona zapięta na full, raz uchylona od góry.
Przy zamkniętej, gdy córka miała na sobie grubszą kurtkę, szyba zaparowała od środka po kilku minutach jazdy.
Dla mnie to był sygnał, że powietrze w środku po prostu stoi, nie że coś tam filtruje spaliny.
Wniosek z tego wszystkiego jest taki, że osłona to nie jest maska przeciwpyłowa na kółkach. Chroni przed deszczem, zimnem, owadami i częścią większej frakcji pyłu, i to naprawdę [4]. Ale nie zdejmuje głównego problemu, czyli drobnych cząstek i sadzy lecącej z rur wydechowych [4]. Jeśli zapinam ją "dla czystego powietrza", oszukuję głównie samą siebie.
Więc jak to teraz rozgrywam? Deszcz, chłód, wiatr, zapinam bez wahania, bo tu robi dokładnie to, do czego jest zrobiona. Sucho, ale trasa biegnie wzdłuż ruchliwej drogi, nie liczę już na to, że plandeka mnie uratuje, wolę zmienić trasę na boczną (piszę o tym w sekcji 3) niż zamykać dziecko w szczelnej bańce z ograniczoną wymianą powietrza. A korka czy postoju pod światłami z zasuniętą osłoną staram się w ogóle nie łączyć, bo to najgorszy możliwy układ: najwyższe stężenia spalin akurat przy skrzyżowaniu i jednocześnie duszne, zamknięte wnętrze.
Nie namawiam nikogo, żeby jeździł z rozpiętą przyczepką w listopadzie, to byłaby głupota. Chodzi tylko o to, żeby nie przypisywać osłonie mocy, której ona nie ma. Ona rozwiązuje problem pogody, nie problem spalin, a największa różnica w tym, ile spalin złapie dziecko, bierze się z tego, gdzie i kiedy jedziesz, nie z tego, czy zamek jest dociągnięty do samego końca. Osłona to komfort. Czyste powietrze załatwia się wyborem trasy i pory, nie zamkiem błyskawicznym.
6. Kiedy rower z przyczepką bije samochód, a kiedy odwrotnie
Dlaczego mimo tych wszystkich badań nie przesiadam się na stałe do auta?
Długo miałam w głowie prosty schemat: samochód to blaszana puszka, więc chroni dziecko, a rower wystawia je na wszystko, co akurat wisi w powietrzu. Rzeczywistość okazała się bardziej pokręcona.
Bo to, co lepsze, zależy od trasy, pory dnia i jakości powietrza tego konkretnego dnia. W badaniu porównującym drogi dzieci do szkoły najniższą ekspozycję na PM1, PM2.5 i black carbon zanotowano u dzieci idących pieszo [2]. Najwyższą, o dziwo, u dzieci na rowerze elektrycznym [2]. Rower nie wygrał.
W innej pracy, porównującej cztery tryby dojazdów, najwyższą ekspozycję na pyły odnotowali właśnie rowerzyści [5]. Zamiana roweru na inny środek transportu w dniach silnego zanieczyszczenia wyraźnie obniżała negatywne skutki zdrowotne [5].
Ale (i to jest ważne "ale") obie te prace mówią o czymś węższym niż to, że rower jest gorszy. Mówią o stężeniach i o dawce wdychanej. Na rowerze oddycha się szybciej i głębiej, więc przy tym samym powietrzu wdycha się go po prostu więcej [5]. To nie znaczy, że powietrze przy rowerze jest brudniejsze. To znaczy, że sposób oddychania podbija dawkę.
Subtelne rozróżnienie? Bardzo. Ale zmieniło moje decyzje.
Klucz leży w warunkach danego dnia. Przy czystym powietrzu i bocznej, cichej trasie rower z przyczepką wypada świetnie, bo omijasz zakorkowane arterie i nie stoisz w spalinach auta przed sobą. Przy alarmie smogowym albo trasie wzdłuż ruchliwej drogi bilans przechyla się na niekorzyść wysiłku na tym teoretycznie świeżym powietrzu [5].
| Warunek | Rower z przyczepką | Samochód |
|---|---|---|
| Czyste powietrze, boczne uliczki | zwykle wybieram | zbędny |
| Alarm smogowy | odpuszczam | rozważam [5] |
| Trasa wzdłuż ruchliwej arterii | tylko z objazdem | bywa mniejszym złem |
W praktyce rano sprawdzam stan powietrza, potem trasę. Dobre i dobre, jadę rowerem, najchętniej bocznymi uliczkami. Złe powietrze i jedyna sensowna droga wzdłuż korka, biorę auto i nie mam z tym żadnego problemu.
Kiedyś czułabym się przez to niekonsekwentna. Teraz myślę, że elastyczność jest po prostu rozsądniejsza niż wierność jednej zasadzie.